Drink Cosmo Canyon z gry Final Fantasy VII Remake

"Our house special: the Cosmo Canyon."
- Tifa Lockhart




Już wiecie, że jestem fanką serii Final Fantasy, a siódemkę uwielbiam i jest ona dla mnie przykładem gry idealnej. Nie tylko zresztą dla mnie, bo ten najlepiej sprzedający się z Fajnali zdobył przeogromną popularność, a sam świat siódemki został mocno rozwinięty przez dodatkowe gry, opowiadania, film i anime. Chociaż od premiery minęły już 23 lata, to wciąż tytuł legendarny i każdy szanujący się gracz (nawet jeśli nie zagrał), wie kim są Cloud i Sephiroth.
Niestety gry też się starzeją, mniej lub bardziej zgrabnie, a FF7 jest akurat gdzieś pomiędzy. Prawda, że w to wciąż gra się wspaniale, ale odkładając na bok nostalgię i uwielbienie, trzeba przyznać uczciwie, że grafika kłuje w oczy mocno, szczególnie modele postaci. System walki też się zestarzał, bo takich turówek już od dawna nie robią. Historia wciąż zachwyca, ale już niebieskie dymki z tekstem i brak voiceactingu są reliktem dawnej epoki. To wszystko aż się prosiło o remake, szczególnie gdy pojawił się pełnometrażowy film Advent Children i fani oszaleli. "Dajcie nam FF7 z taką grafiką!"
Szczerze przyznaję, że nie spodziewałam się wiele po Square Enix, bo nie wydawali się zainteresowani stworzeniem remake, choć na pewno byłaby to dla nich żyła złota. Tym większy był mój szok, gdy na E3 w 2015 znienacka zaprezentowali teaser. Choć już od pierwszych sekund instynktownie wiedziałam  co to za gra, to trudno było mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. W sieci możecie zresztą znaleźć reakcje ludzi na ten teaser - dorośli ludzie skaczą, krzyczą i płaczą ze szczęścia, bo spełnia się marzenie o podróży do tego świata raz jeszcze po latach. Taka to właśnie gra, ten Final Fantasy 7. Jak zaczaruje, to na całe życie.
Gra wyszła po niecałych pięciu latach i... boy oh boy. Gdy odpaliło się intro, poleciała znajoma muzyka i ukazało się logo, nostalgia chwyciła mnie za gardło tak przeokrutnie, że łzy poleciały jak grochy. Square Enix zdecydowanie wie, jak grać na emocjach. Ci, którzy kochają oryginał, w remake'u znajdą dla siebie dużo dobrych rzeczy, dużo mrugnięć i subtelnych drobiazgów, których nowi gracze zupełnie nie zauważą. Miodzio. Polecam, mimo paru wad.
Przy okazji przepisu na sushi z oryginalnego Final Fantasy 7 skarżyłam się, że tam wcale nie ma dużo jedzenia. No więc wiecie co? Remake to nadrabia aż za dobrze. Pierwsza taka większa okazja do przyjrzenia się diecie mieszkańców Midgar pojawia się już na samym początku, uciekając po pierwszej misji, kiedy mija się knajpki z wystawionymi na zewnątrz tablicami z menu. Mnie jednak dużo bardziej zaciekawił drink, który w swoim barze Tifa serwuje Cloudowi - napitek nazywa się Cosmo Canyon i jest intensywnie czerwony. Cloud komentuje "beautiful", ale jednocześnie podnosi szklankę tak, że właściwie nie wiadomo czy chodzi mu o drinka, czy Tifę (która swoją drogą ma czerwone oczy). No czy to nie jest przeuroczo napisana cutscenka?!
Ponieważ drink, na jaki w grze Cloud ma ochotę ma być "mocny i gorzki", a do tego wiemy że jest czerwony, początkowo pomyślałam o drinku na bazie soku żurawinowego. Nie zapomnę żurawinowego ciasta, które okazało się piekielnie gorzkie... Potem jednak przyszło mi do głowy włoskie negroni, które rzeczywiście jest gorzkie, ma sporo mocy i do tego jest czerwone. Za gorzki smak i piękny kolor odpowiada Campari, do tego ziołowy wermut i nieco ginu. Prosta klasyka.
Składniki:
- 1 część wermutu (czerwone Martini nada się świetnie)
- 1 część Campari
- 1 część ginu
- kilka kostek lodu

Przygotowanie:
1. Łatwizna. Wszystkie składniki wrzucam do shakera, lekko wstrząsam i przelewam do szklanki typu whisky. Można przybrać plasterkiem pomarańczy.

Komentarze